Liczyłam nieśmiało na napad weny po nowym roku. Mądre przysłowie mówi "umiesz liczyć, licz na siebie" i tutaj znowu okazało się prawdziwe. Na grom z jasnego nieba nie ma chyba co czekać, tylko należy wziąć się w garść i znowu zacząć tworzyć. Łatwo mówić, trudniej zrobić.
Spędzam więc kolejne smętne dni nad imbryczkiem z naparem cudownego milky oolong. Na wenę czekam, tymczasem zwyczajnie odpoczywając i kurując styczniowe przeziębienie, które gratisowo zafundowało mi ból ucha. Jakim cudem nie wiem.
Wieczorami staram się nadrobić książkowe zaległości- ale moją ulubioną porą na czytanie jest środek nocy, na co mój organizm reaguje zupełnie inaczej niż to potrzebne. Skutkiem tego jestem nadal w lesie. Aczkolwiek muszę przyznać, że mi tu dobrze ^^
Ile na mnie czeka projektów, nawet nie wspomnę, bo włos jeży się na głowie. Dlatego sumienie mam już mocno pogryzione jak dziurawy ser. Jednak staram się być dobrej myśli i mam nadzieję, że wreszcie nadejdzie dzień kiedy znowu w głowie pojawi się miliard pomysłów, aż nie będę wiedziała za co się najpierw zabrać.
2 komentarze:
nic na siłę, wszystko młotkiem :P.
A tak na serio - take your time, wena przyjdzie, jak będzie na nią czas :).
uściski :)
Wena przychodzi zawsze w najmniej oczekiwanym momencie ;-) Pewnie niedługo odwiedzi i Ciebie ;-]
Pozdrawiam cieplutko
Prześlij komentarz